
Miły dzionek... kolejne marzenia
Kolejny zwykły dzień z mojego życia. Nic praktycznie dziś nie robiłam. Rano toczyłam wojnę z prostownicą, którą ostatecznie przegrałam ==’. No ale cóż. Poszłam sobie do szkoły i okazało się, że nie mamy pierwszego polskiego. Ale spoko. Poszliśmy do klubokawiarni i siedzieliśmy sobie po cichu. Próbowałam dokończyć pracę z angielskiego, a chłopacy odpisywali ode mnie to co miałam. Przyszła pani dyrektor i zabrała moje i Grześka ćwiczenia. Była niezła awantura.
Na drugim pisaliśmy test z biologii z pierwszej klasy. Nie był taki trudny... Jasne a jak przyjdą wyniki to będzie 0pkt. Hahaha... Na 3. lekcji był WoS i sprawdzianik o konstytucji. Boże ileż można??!! Później na wychowawczej przyszła do nas pielęgniarka i zaczęła coś tam opowiadać, ale za bardzo nie pamiętam o czym to było. Jak zwykle ledwo było ją słychać. Na religii byłam w Eclercu, czy jak to tak się zwie, na zakupach, ale nie znalazłam nic ciekawego. Wróciłam do szkoły z dziewczynami.
Na ostatniej lekcji był angielski. Nie było nic ciekawego. Najpierw ktoś tam odpowiadał z ostatniego tematu, a później dostaliśmy sprawdziany. Dostałam 4- mogę być z siebie dumna, bo nic się nie uczyłam. :P Zwolniłam się z 5 minut angola, żeby zdążyć na 15, a później przesiąść się w 2. Musiałam zastosować ten manewr, bo po szkole musiałam biec do sklepu, gdzie kupiłam Łukaszowi spóźniony prezent. Czy ja zawsze muszę robić wszystko po czasie?? XD i to prawie tydzień.
Zapłaciłam za wszystko i poszłam na autobus. Szczęśliwym trafem akurat przyjechało 26, więc mogłam od razu pojechał do kumpla. Byłam u niego koło 14:15. Dałam mu prezent, chyba się ucieszył, taką mam nadzieję. Trochę sobie porozmawialiśmy. Ogólnie dobrze mi się z nim rozmawiało. Fajny z niego kumpel. Prawie cały czas się śmiałam. Udało mi się zapomnieć o tym co jutro mnie czeka, niemal całkowicie.
Po 17:20 byłam w domu. Tak więc od godziny nic nie robię tylko uderzam w klawisze... Siedzę na gg i dołuję ludzi ^^” no dobra powiedzmy, że staram się być optymistką, ale nie do końca mi się udaje. Staram się jakoś nad sobą panować. Właśnie odpalam kolejne świeczki i stawiam je na biurku, stoliku i parapecie. Chcę żyć?? Ale nie wiem czy tak do końca... nawet nie wiem czy mogę... Ciągle myślę o jutrze... Muszę zebrać siły...
Przecież mam dla kogo żyć, nie?
komentarze [5]
.'since we have no place to go, let it snow, let it snow, let it snow'.