man page

.something about me.




.archiwum.
2004
sierpien (17)
wrzesień (5)
październik (7)
listopad (1)
grudzień (2)

2005
styczeń (1)
luty (2)
marzec (1)
kwiecień (7)
maj (3)
czerwiec (3)
lipiec (1)
wrzesień (2)
październik (1)
listopad (6)
grudzień (1)

2006
styczeń (2)
luty (3)
marzec (2)
kwiecień (1)
maj (4)
czerwiec (5)
lipiec (1)
sierpien (4)
wrzesień (7)
październik (4)
listopad (5)
grudzień (4)

2007
styczeń (7)
luty (1)
marzec (4)
kwiecień (4)
maj (4)
czerwiec (2)
lipiec (2)
sierpien (3)
wrzesień (2)
październik (1)
listopad (6)
grudzień (1)

2008
kwiecień (1)


.layout.
credits: fynnuch
layout: ate verbti
pics: minitokyo

           


Katastrofa

Nie pisałam dość dawno o tym co teraz się dzieje. No więc jest nienajlepiej. A wszystko zaczęło się wczoraj. Mądre dziecko (czytaj ja) postanowiło pójść sobie na sks-y. Razem z Sandrą odbijałyśmy sobie. Później nieudane oczywiście próby ataków. Chłopacy zaproponowali nam żebyśmy zagrały razem z nimi. Oprócz nas z dziewczyn grała jeszcze Aśka (Boże jak ona zajebiście gra *-*) i Gośka. Było całkiem fajnie.
Przez jakiś czas graliśmy 7 vs. 6 ale Sandra ze swoją koleżanką poszły skakać (chyba :P). Zaczął się koszmar (5 vs.4 Przed 15 Sandra przyszła po mnie i powiedziała, że ona już idzie. Poprosiłam, żeby na mnie zaczekała i poszłam do szatni. Noga byla cała czerwona, lekko spuchnięta. Nie przejęłam się tym. Zebrałam się szybko i powiesiłam klucz na drzwiach w-f'istów.
Nie mogłam iść, ale nie chciałam wracać do domu. Wysiadłam przystanek wcześniej i zadzwoniłam do Ani. Umówiłam się z nią na rondzie. Jak myślicie... Czy przyszła punktualnie? YYY... Niestety nie :-) Spotkałam się z nią dopiero pod tunelem. Opowiadałam jej o moich ostatnich rozmowach i o tym co się działo.
Anka pomogła dojść mi do domu. Siadła ze mną i gadałyśmy dość długo. Mam nadzieję, że to co jej powiedziałam dojdzie do niej w końcu! Później rozkręciłyśmy muzykę. Snap! :P Tak chciało mi sie poćwiczyć, ale jak tylko zobaczyłam w jakim stanie jest noga... nie odechciało mi się i zrobiłam gwiazdę. Od razu tego pożałowałam. Boli!
Jeszcze z godzinkę słuchałyśmy muzyki i poszłyśmy do kompa pooglądać zdjęcia Duncana i Lee. Oczywiście nie miałam ich zbyt wiele więc trzeba było skorzystać z wspaniałeś wyszukiwarki www.google.pl :) Obie dosłownie padałyśmy na widok tych mmmmmm... facetów xD

No a dziś... Miałam iść na bilans i do szkoły, ale jak lekarka zobaczyła moją nogę to wywaliła mnie do chirurga... No i zamiast do szkoły ruszyłam do szpitala dziecięcego. (Też 17-stką, a co?! ;) ) Najpierw bez kolejki weszłam do lekarza. Okazało się że to ten sam chirurg, który uratował mi życie 14 lat temu *-* Jego opinia brzmiała jasno: "Zerwany mięsień prawego uda" Za co? Za co?!! Ja nie chcę!!
Później poszłam na rehabilitację. Od jutra mam zabiegi na 14:55. KRIOTERAPIA....EEE... nie rosumne o co tym ludziom chodzi. Na zerwany mięsień to chyba ciepłem a nie lodem!! O matko ja nie chcę!!!
Skończyło się na tym że nie poszłam do szkoły, a co?! Mam zwolnienie ze szkoły do 6. maja. Zwolnienie z w-f'u do końca maja :/ i co ja będę teraz robić? "Więcej leżeć niż chodzić" Jasne!! Co to to nie!! ja już nie mogę wytrzymać... a to dopiero pierwszy dzień! Ratunku... I tak nikt się tym nie zainteresuje, ale co tam xD
Odwiedziły mnie dziś siostry. Było fajnie. gadałyśmy sobie jak za starych dobrych lat gimnazium... o matko jak to dawno było :D

komentarze [3]

.'since we have no place to go, let it snow, let it snow, let it snow'.



V dzień wycieczki

Ostatni dzień naszej wycieczki. Jakoś nie bardzo chciało nam się wracać do domu. Było tam bardzo fajnie tylko stęskniłam się za dziewczynami. Szkoda, że nie jesteśmy już w jednej klasie. No, ale wracając do tematu wycieczki... Dziś rano mogliśmy kupić zamówione poprzedniego wieczoru oscypki. Ja kupiłam dla mamy jednego (5 zeta jakie ździerstwo!!).
Zapakowaliśmy się do busika i ruszyliśmy w drogę do domu. Musiałam koniecznie zadzwonić do Kasi. Pytałam się co u niej i mówiła że wszystko ok. Podbudowało mnie to na duchu... i to bardzo. Po drodze mieliśmy kilka postojów, ale wyjątkowo źle się czułam i nawet nie chciało mi się wysiadać. Jak zwykle mondre dziecko nie kupiło sobie baterii do disc-mana. Kaśki, które siedziały za mną i Sandrą słuchały sobie mojej płytki... a właściwie jednej piosenki "Majorka!". Próbowałam zasnąć, ale nic z tego. W czasie jazdy zrobiłyśmy fotkę Grzesiowi jak spał z otwartymi oczami. :) Na wysokości Warszawy mieliśmy wysadzić Martę, bo miała czekać na nią rodzinka. Czekaliśmy na nich trochę. Szarpi tak się zdenerwował że wyszedł zapalić.
Gdy wysadziliśmy Martę ruszyliśmy dalej w stronę domu. Miałam już dość naszego merolka. Ja chcę chwilę ciszy. Tak odpłynąć sobie w świat marzeń. Choć na chwilę zapomnieć o tym rzęchu... Ale droga do domu była już bliska końca. Za Olsztynkiem zadzwoniłam do domu i powiedziałam mamie, że spotkamy się przed strażą pożarną. Mama już na mnie czekała. Zabrałyśmy ze sobą Sandrę i wróciłyśmy do domu. Od razu było: "No ruszaj się. Bierz się za rozpakowywanie tej torby!" Bleh. i to ma być szczęśliwy powrót?! Ja chcę tam wracać! Cisza i spokój...
Poszłam na górę i dałam babci kasetę z nagraniem z pielgrzymki papieża do Wadowic. Była bardzo zadowolona. Mamie dałam oscypka, a bratu lizaka z Wieliczki. Tatuś niestety nic nie dostał bo prezent miałam mu kupić na krupówkach, które niestety były puste. Przeżył. :)W dużym pokoju zostawiłam im kryształ solny. Mamie się spodobał, a tata jakiś taki niemrawy był. Chyba w końcu wziął się do pracy. No i tak do końca dnia się wypakowywałam i poszłam spać...
Nudy!!

komentarze [2]

.'since we have no place to go, let it snow, let it snow, let it snow'.



IV Dzień

Czwarty dzionek. Był to chyba najgorszy dzień naszej wycieczki. O ósmej było śniadanie. Postanowiliśmy pojechać do Zakopanego obejrzeć na telebimie (tak kocham spolszczenia) pogrzeb Jana Pawła II. Gdy dojechaliśmy na miejsce Szarpi popytał ludzi o miejsce gdzie moglibyśmy obejrzeć pogrzeb, ale mieszkańcy byli bardzo niedoinformowani... Gaz do dechy i jechaliśmy z powrotem do Białego Dunajca. Na miejscu okazało się, że właścicieli "pensjonatu" (czy jak to tam się nazywa) se(obie) wyszli! Na całe szczęście pan Krzysiu zawsze ma głowę na karku i poszedł ich poszukać. Po chwili wrócił z właścicielem, który otworzył nam drzwi do stołówki i mogliśmy spokojnie obejrzeć transmisję. Usiadłam bardziej w tylnej części pokoju. Z upływem minut łzy same zaczęły cieknąć mi po policzkach. Rozpłakałam się jak małe dziecko, zupełnie jak w dniu śmierci papieża. Obok mnie siedziała Justyna, wcześniej też Olka, ale przesiadła się do przodu. Było cholernie zimno! Myślałam że palce mi odpadną... Msza się skończyła i wynieśli trumnę. Nienawidzę takich chwil!! Czemu nie było tam żadnego... (eeee, no dobra nie będę nic mówić xD). Nie wiem czy chciała tak większość czy mniejszość, ale pojechaliśmy pochodzić po pustym Zakopanym. Krupówki świeciły pustkami... I co tu robić w pustym Zakopcu? Poszliśmy POD Muzeum Tatrzańskie, pod jakieś tam drewniane domki i w ogóle, gdyby to tylko otwarte było... No cóż... Nawet oscypków nie było gdzie sobie kupić.Wróciliśmy na obiado-kolację, ale mieliśmy jeszcze około godzinę dla siebie. Mniami!! Naleśniczki :) Miałam szczęście bo Sandra nie chciała jeść wszystkiego i skończyło się na tym że zjadłam część jej porcji. Jestem obżartuchem jak Lina ^^. Później poszłyśmy z dziewczynami na górę. Siedziałyśmy w pokoju numer 6. Wyciągnęłam Olkę z pokoju i poszłyśmy do chłopaków. Nie zagrzałyśmy tam zbyt długo miejsca, bo chłopcy stwierdzili, że są zmęczeni i nas "wygonili" (delikatnie mówiąc). Olcia gdzieś poszła, a ja siadłam sobie na ławeczkę pod schodkami. Patrzyłam jak córka gospodarzy odbija lotkę. Udzieliłam jej kilku rad jako vice-miszczyni Olsztyna (o mamo jak ja się kocham chwalić!!) jak odbijać lotkę. Po jakimś czasie przyszła do mnie Ola. Powiedziałam jej że mam już dość takiego jednego... Wyżaliłam jej się i od razu zrobiło mi się lepiej na duchu. Po chwili zobaczyłyśmy jak do pokoju chłopców przez okno wchodziły Kaśki. Oni byli tak zmęczeni... Ehhh Gdyby wzrok mógł zabijać.... Siedziałyśmy tam jeszcze kilkanaście minut, później zapytałyśmy pana Mirka czy możemy się przejść, a on odesłał nas do pana Krzysia, który dał nam 20 minut. Poszłyśmy na górkę, która znajdowała się niedaleko. Było fantastycznie. Piękne widoki i chwila zapomnienia... Chciałabym tam mieszkać, bez względu na to co mówiłam wcześniej... To jest piękne...
Wróciłyśmy i jeszcze siadłyśmy na chwilkę na ławeczce. Oczywiście najpierw zameldowałyśmy się panu profesorowi. Nie miałyśmy zamiaru siedzieć same, więc znów nawiedziłyśmy chłopców. Pogadaliśmy sobie trochę na spokojnie. Później razem z Kasią zjadłyśmy Jarkowi deser. Był piekielnie słodki. Kolejna po naleśniczkach tona kalorii. Ale co tam??!! To wycieczka!! trzeba korzystać! O 21:37 zgasiliśmy światła i siedzieliśmy cicho. Pod oknami stało kilka osób. Oczywiście o 22 przyszedł nasz ekonom. Wiadomo o kogo chodzi, nie? ;)
Dziś wyjątkowo pan profesor odpuścił sobie pilnowanie, szarpi też spał jak nieżywy. Omówiliśmy się na 24 w pokoju Kasiek. Spała tam też Tysia. Jakoś tak budziła się co jakiś czas. Ale siedziałyśmy z Olą i Kasią na górze i czekałyśmy na chłopaków. Przyszedł Grzesiek z Jarkiem. Kasia się zdenerwowała bo i tak przyszli po czasie a Piotrka nie było. Napisała mu sms-a i zaraz do nas dołączył. Gadaliśmy do drugiej. Myślałam że Kasia to nas oskalpuje za to że tyle siedzieliśmy, a ona próbowała spać. O 2:10 Piotrek z Jarkiem zeszli do siebie na dół. My z Olką siedziałyśmy z Kasią i Grzesiem jeszcze kilkanaście minut i poszłyśmy do swoich pokojów. Szarpnęłam za klamkę i jakież było moje zdziwienie, jak drzwi okazały się być zamknięte. Przeszłam korytarzem i zobaczyłam, że Ola też szarpała się z klamką. Zamknęły sobie drzwi od środka. Bezczelne!! Nie wiedziałyśmy gdzie iść. Miałyśmy wybór:
a) góra - do Grzesia i Kasi
b) dół - do chłopaków.
Wiadomo co wybrałyśmy, nie?? :D Niestety chłopcy nie ucieszyli się z naszej wizyty. Wygonili nas i powiedzieli że chcą pogadać. Olka poszła chyba na górę... nawet nie wiem . Ja zgarnęłam z krzesła bluzę, z tego co dobrze pamiętam to była Grzesia bluza... Drzwi na dwór były otwarte. Wyszłam na boso na dwór i siadłam na ławce. Wskoczył do mnie rudy Miszel i siedziałam tam kilka minut. Usłyszałam kroki... Wystraszyłam się i pobiegłam do środka po schodach na górę. Ktoś zamknął drzwi. Dobrze że mnie nie zauważył, bo byłoby beznadziejnie. Po jakimś czasie Piotrek wyszedł na schody i prowadziliśmy dialog na temat czy mam wejść do ich pokoju czy nie. Teraz nie wiedziałam czy tego chcę. Ale ostatecznie zostałam u chłopaków na noc. Jarek wcześnie zasnął, a ja gadałam z Piotrkiem do godziny 4 z minutkami. To była fajna nocka. Sama poszłam spać o 5, a chłopcy obudzili mnie o 6:30.


komentarze [4]

.'since we have no place to go, let it snow, let it snow, let it snow'.



Dzień III

No więc czas na dzień trzeci. Dziś wyjazd z Korzkwi. Wszyscy poszli na stołówkę i w miarę szybko zjedliśmy śniadanie. Później trzeba było zrobić porządek w domkach. Nie trwało to długo i po kilkunastu minutach mogliśmy wyjeżdżać. Pierwszym punktem dzisiejszego dnia było odwiedzenie Wieliczki. Oczywiście pan Szarpie Szarpie nie mógł się powstrzymać, żeby przeczytać nam wspaniałe dane statystyczne na temat Wieliczki i kopalni soli. Jedyne czym chyba mógł nas zainteresować to legenda o powstaniu złóż soli.

Na miejscu okazało się, że w kopalni opłacone jest miejsce dla jednego opiekuna, więc Szarpi został na powierzchni, a my z miłą panią przewodnik, poszliśmy na dół. Kilkadziesiąt pięter niżej zwiedzaliśmy sale. Niemal wszystkie były pokryte solą. Nasza przewodniczka miała wrodzony dar do opowiadania. Wszyscy jej słuchali (Hmmm bardzo to dziwne.). Najpiękniejsza była Kaplica Św. Kingi. Wszystko było tak wykonane z soli: Podłoga, ściany, żyrandole, a nawet rzeźby. Było tu pięknie. Dowiedzieliśmy się, że w tej kaplicy są odprawiane msze oraz udzielane są śluby. Wspaniałe marzenia zawładnęły moim umysłem. Gdy zeszliśmy po solnych schodach na dół moją uwagę przykuła księga kondolencyjna. Od razu postanowiłam się wpisać. Za moim przykładem poszło jeszcze kilka osób z klasy. Ach! Zapomniałam dodać, że w tej kaplicy zrobiliśmy sobie zdjęcie klasowe. Nie wiem na co jeszcze zwrócić uwagę. To chyba było tu najważniejsze. A! I zapomniałabym o cudownej windzie! Miała ona chyba 2, albo 3 poziomy i takie ciśnienie.... Ufff. Przeżyliśmy!

Kolejnym punktem programu była "wycieczka" do Oświęcimia. Nie miałam odwagi tam wejść. Bałam się tego co czekałoby mnie za tą bramą. Ja sama nazywam ją bramą śmierci i zapomnienia. Klasa wyszła sobie pozwiedzać, a ja zostałam w busiku i przez jakieś 20-30 minut uczyłam się geografii. Czemu mnie to musiało spotkać?! Już mam dwie pałeczki z gegry! Muszę jakoś to poprawić, ale nie wiem jak... Bo to dziadostwo mi w ogóle nie wchodzi go głowy! Ale i tak zbyt długo się nie uczyłam. Po pół godzince do autokaru wrócił pan Piotr (kierowca) i rozmawiałam z nim na moje ukochane tematy drugiej wojny światowej. Bardzo fajnie się nam rozmawiało.

Klasa wróciła po ... eeee... no tak jakoś z 2 godzinki byli tam w środku. Nieplanowanym na początku punktem wycieczki, o który się kłóciłam z Szarpim, były Wadowice. Dostaliśmy tam godzinkę czasu wolnego. Pierwszym punktem jaki odwiedziłyśmy z Sandrą, z którą chodziłam po mieście, był dom Jana Pawła II. Później skoczyłyśmy do jakiegoś spożywczego, a następnie do sklepu papieskiego, gdzie kupiłam sobie książkę Jana Pawła II i jego kasetę. Zahaczyłyśmy też o kiosk, kupiłyśmy znicze i zapałki. Poszłyśmy postawić znicze przed kościołem i przed domem Karola Wojtyły. Po godzinie spotkaliśmy się przed kościołem w umówionym miejscu.

Pojechaliśmy do Białego Dunajca, gdzie mieliśmy nocować. Warunki były o niebo (o 2 nieba) lepsze niż w Korzkwi. Wszyscy spaliśmy w jednym domu, w osobnych pokojach. Mi trafił się pokój numer 7, w którym spałam z Magdą i Sandrą. Mimo że wszyscy byli zmęczeni siedzieliśmy do 22. Ja z dwiema Kasiami siedziałam u chłopaków. Koło 22:40 weszłam do mojego pokoju w piżamce a dziewczyny bezczelnie wyłączyły mi światło, a ja tak bardzo chciałam sobie posiedzieć i pogadać.

Dzionek opisany nieporównywalnie krócej niż poprzednie, bo tej nocy nic się nie działo... xD

komentarze [3]

.'since we have no place to go, let it snow, let it snow, let it snow'.



Drugi dzień

Wspaniały dzień. Wyspałam się po wczorajszym. Wstałam koło 7:30- 8:00. Kierunek prysznic. Była niemała kolejka, ale jakoś przed śniadaniem wszystkie zdążyłyśmy :). Na śniadanie były bułki, różne takie pierdułki i płatki z mlekiem. Koło 9:00 wyjechaliśmy z naszego cudownego ośrodka i ruszyliśmy na Krakowowo (jak mawiał pan Szarpie Szarpie).
Na początku poszliśmy na Wawel. Każdy mógł sobie pozwiedzać co chciał. Moje lenistwo i skąpstwo na zwiedzanie nie zna granic, więc nigdzie nie wchodziłam... zresztą byłam tu rok temu. Siedziałam sobie na murku i czekałam na resztę. W pobliżu pełno było Francuzów, Włochów, Niemców, Anglików etc. W otoczeniu próbowałam wyhaczyć choć jedno słowo po polsku, nawet jeśli miałby je wypowiedzieć Szarpie. Mieliśmy tam mały problem ze zbiórką, bo dziewczyny, które poszły do Jamy Smoka, jako ostatnie, poszły do wyjścia nie w tą stronę i musieliśmy ich szukać. Ale nie było aż tak źle. Szybko się znaleźliśmy i ruszyliśmy na Starówkę.
Znalazłyśmy z Sandrą Pizzę Hut i tam miałyśmy iść na obiad, ale jakoś nie chciało nam się później wracać i zaszłyśmy do Sphinxa (czy jak tam się to pisze). Siedziało tam tez kilka innych osób. Ja zamówiłam sobie pizze, ale to był taki kolos, że połowę wzięłam ze sobą z powrotem do Korzkwi. Spotkaliśmy się pod pomnikiem...eee... nie pamiętam kto na nim był... ale mniejsza o większość... Znów punktualnie ruszyliśmy do autobusu.
Na miejscu okazało się, że na obiado-kolację są mielone, zapewne z pasztetu, który był na śniadanie... (zapomniałam chyba wcześniej dodać o tym pasztecie)... i w takich chwilach jak ta cieszę się że nie zjadłam tej pizzy do końca w Cracowowie.
Po "posiłku" rozeszliśmy się do swoich "altanków" (Boże cóż za polszczyzna, wyszarpana). Po kilku (no może -nastu) minutach do naszego domku wpadła Olka. Przeszłyśmy się chwilkę i poszłyśmy do chłopaków. Olka siedziała tam dłużej ode mnie bo ja poszłam sobie popisać. Ale jakoś tak wyszło, że nic nie napisałam. Pan Rutkowski kazał zebrać pieniądze na Wieliczkę i Oświęcim na następny dzień. Jako klucznik ja zebrałam kasę i poszłam do niego. A on powiedział mi coś takiego: "Spałem w różnych warunkach, ale tu po plecach wiały mi trzy przeciągi. A w nocy coś TUPAŁO!" Myślałam, że pęknę. Coś tupało... raczej ktoś. A właściwie ja i Kasia.
Po powrocie do domku poszłam na górę do dziewczyn i gadałyśmy chwilę, ale było tam tak gorąco że zeszłam na dół i siedziałam z Sandrą. Po chwili do pokoju weszła Agnieszka i Madzia W. Były chyba trochę zdenerwowane. Aga poszła na górę a Madzia opowiadała nam, że poszły do domku chłopaków i weszły na górę. A tam siedział Piotrek z Olką. Podobno siedzieli obok siebie, a jak Olka zobaczyła je w drzwiach to odskoczyła.
Spotkałam się później z Olką. Chodziłyśmy sobie i gadałyśmy. Piotrek siedział przy stoliku i jakoś do nikogo się nie odzywał. Nie wiem dlaczego... Pytałam się co mu jest, a on mówił coś o jakimś kryzysie... Chyba nigdy nie zrozumiem chłopaków, a mówią że to dziewczyny ciągle mają depresje xD. Tak czy inaczej poszłyśmy z Olką do chłopaków na górę. Był tam Grzesiek i Jarek. Siadłam sobie na materacu, który o ile dobrze pamiętam był Wojtka i słuchałam z Jarkiem muzyki. Po jakimś czasie do pokoju zaczęły się schodzić całe pielgrzymki.
Czas mijał nieubłaganie szybko. Pan Mirek zaczął coś mówić, że mamy zbierać się do swoich domków i musiałyśmy z dziewczynami wracać. Ale było fajnie. Dziś z Kaśką znów miałyśmy biegać. Zrobiłyśmy 2 rundki po ośrodku i nagle coś zaczęło walić. Spojrzałyśmy za ogrodzenie, a tam jechał stary graciak, taki maluch, a tylko hałasu robi :/. Po kilku sekundach odpalił jakieś disco i zaczął się na nas gapić i włączył reflektory. Spanikowałyśmy i pobiegłyśmy do domku. Opowiedziałyśmy wszystko dziewczynom. Ale dalej chciało nam się biegać. Wyszłyśmy na schodki, ja z przodu. I mówię do Kaśki: "Kaśka, Krzysiu" bo zobaczyłam wychowawcę w oknie obok. Kaśka nie patrzyła na mnie tylko wzięła rękoma zamach i zwaliła mnie na ławeczki. To bolało!
Wróciłyśmy do domku i okazało się że ten piekielny maluch znowu tam stoi! Na dodatek świeci nam reflektorami w oknach. Bałam się trochę, druga Kasia też. Zgasiłyśmy światło i maluch przejechał pod drugi domek dziewczyn. Gdy zapaliłyśmy światło wrócił pod nasz domek i tak chyba z 10 razy! Mamo co za ludzie?!
Na koniec wspaniałego dnia wysłałyśmy z Kasią SMS-a do Karolka, ale nie raczył odpisać. No cóż dostanie ochrzan jak wrócimy...

komentarze [3]

.'since we have no place to go, let it snow, let it snow, let it snow'.



Opowieść z wycieczki ]:->

No więc dostałam lekki ochrzan, że nie napisałam nic o naszej klasowej wycieczce, więc postanowiłam uzupełnić ten brak :) Pojechaliśmy na pięciodniową wycieczkę (05.04.05-09.04.05) z p. Krzysiem R. , p. Mirkiem R. i panem Szarpie Szarpie ;).
Pierwszy dzień :)
Pod szkołą mieliśmy być na 6:45. Wstałam o 5:30, nie wiem jakim cudem zwlekłam się z łóżka, ale się udało. Przygotowałam się do drogi i o 6:20 wyjechałam z mamą z domu i pojechałam po Sandrę. Dotarłyśmy pod szkołę na 6:40. Było już sporo osób. Gdy jechałyśmy z Sandra mówiłyśmy o naszym wspaniałym Mercedesie.... Możecie się więc domyślić jaki to był szok, gdy pod szkołą zobaczyłyśmy starego grata (fakt znaczek merola miał, ale chyba nic poza tym). Zmieniliśmy lekko plan i odwiedziliśmy Częstochowę pierwszego dnia. Oczywiście pan Szarpie Szarpie musiał nam z wspaniałej karteczki przeczytać ile ludzi tu mieszka, ile lat ma miasto, jaka jest powierzchnia, etc. Na Jasnej Górze dostaliśmy godzinę czasu wolnego i chodziliśmy sobie, zwiedzaliśmy. Później tylko jeszcze po pamiątki... Kupiłam sobie coś a'la płaskorzeźbę z Częstochową.
Z Częstochowy pojechaliśmy w stronę ośrodka w Korzkwi. Gdzie mieliśmy nocować. Gdy dojechaliśmy na miejsce okazało się, że mamy mieszkać w ALTANKACH(!), nawet nie domkach letniskowych, tylko altankach... z zabitymi gwoździami oknami i kocami w oknach. Bardzo serdecznie przywitał nas Król Chochli. Gdy weszliśmny do środka 'domków' okazało się że jest tam ciepło. Kaloryferki grzały. Poszliśmy na obiado-kolację, a później z Olką chodziłyśmy po ośrodku. Później ja wróciłam do siebie i pisałam moje opowiadanko. Zaczęlo mnie dusić, bo w 'domkach' było za gorąco... Martyna pomogła mi usiąść na ławeczce. O 22 wszyscy byli już w swoich domkach, ale do 23:30 wszyscy z domków siedzieli razem. Dziewczyny kolejno chodziły umyć się (tak my z Sandrą, która nam się przeziębiła, brałyśmy prysznic przed 10). Miałyśmy niezłe jazdy z brodzikiem. Miałyśmy niezły wind-surfing :). Z Kasią wpadłyśmy na genialny pomysł, żeby iść sobie pobiegać... Koło godziny 24 biegałyśmy sobie po terenie ośrodka, w piżamkach... a co?!
To moje sprawozdanko z dnia pierwszego... nie wiem czemu ale więcej w jednej notce nie chce się zmieścić znaków :/ Kolejne dni znajdziecie w kolejnych notkach, ale to wieczorkiem, bo vena ze mnie paruje :P
Wstaliśmy coś koło 7:30-8:00. Komentujcie Kochani :)

komentarze [5]

.'since we have no place to go, let it snow, let it snow, let it snow'.



Mój aniołek...

Od ponad tygodnia (w sobotę będą 2 tygodnie) mam na włosach blond pasemka. To był pomysł mojej mamy, ale chyba dobrze wyglądam... No ba... Chyba pierwszy raz podobam się samej sobie
Wczoraj zwolniłam się z kilku lekcji i pojechałam z mamą do szpitala. Najpierw robili mi badanie USG tarczycy, później poszłam do pani endykronolog. Lekarka wysłała mnie do kardiologa --> kardiolog na EKG --> spowrotem do kardiologa i okazało się że mam troszkę problemy z serduszkiem. Tak własnie teraz wychodzą te wszystkie kłótnie :/
Szkoda że nie da się cofnąć czasu... Ale zaraz po szpitalu zaszłam do mojej podstawówki i nie zgadniecie kogo tam spotkałam! Mojego Łukaszka. Boże jak ja go dawno nie widziałam. Jak on się zmienił i jak urósł!! Zawsze byliśmy równi, a teraz on jest o głowe wyższy. Spoważniał trochę, ale w sumie nie tak dużo, jakby się to mogło wydawać na pierwszy rzut oka. Nie zmieniła się w nim tylko jedna rzecz, ta która zawsze mi się w nim podobała: te szaro-niebieskie "zimne" oczy, takie tajemnicze, a zarazem mówiące więcej niż niejedno słowo, niejeden gest....
Czy ja gadam jak zakochana?! O matko! Trzeba się uspokoić. Ale tak to jest jak się wraca pamięcią dom tych wspaniałych lat podstawówki i początków gimnazium gdy nie trzeba było się uczyć. Można było zostać po lekcjach i pokopać sobie piłkę, albo pogadać na barierkach... a teraz co? W klasie nie mam takiego przyjaciela jakim był dla mnie Łukasz. A bardzo bym chciała. Bardzo się cieszę, że go dziś spotkałam bo ostatnio bardzo dużo o nim myślałam. Mam nadzieję, że spotkamy się w weekend. Bardzo mi na tym zależy.

No ja tu się rozpisałam. Teraz pewnie nikt tego nie będzie chciał czytać... A może właśnie się zainteresuje??


komentarze [5]

.'since we have no place to go, let it snow, let it snow, let it snow'.